W popularnym serialu Rodzina zastępcza jest odcinek, w którym producent telewizyjny Jędrula i zaprzyjaźniony policjant zakładają się o to, który z nich lepiej zna Potop Henryka Sienkiewicza. Bez fałszywej skromności mogę powiedzieć, że śmiało mógłbym z nimi rywalizować. Tę część Trylogii czytałem tak wiele razy, że niektóre fragmenty mogę cytować z pamięci.
Najpierw jednak był film. Ale nie ten już wyświetlany na ekranach kin, lecz ten kręcony w latach 1971-73 w Częstochowie. O czym był Potop, nie miałem wtedy zielonego pojęcia – ominęła mnie narodowa dyskusja o niewłaściwym kolorze oczu Daniela Olbrychskiego czy złym wyborze aktorki do roli Oleńki. Podobnie jednak jak wielu moich kolegów z podstawówki często biegałem na Jasną Górę, by podziwiać wojenne dekoracje na wałach, potężne „szwedzkie” armaty na placu przed szczytem czy sztuczny i śmierdzący niemiłosiernie śnieg ze styropianu i naftaliny.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Reklama
Dekoracje w sanktuarium zdemontowano dopiero po kilku latach, a ja wcześniej kupiłem wreszcie Potop, odstawszy swoje w kolejce (wtedy w księgarniach były kolejki po książki!). Zacząłem, oczywiście, od rozdziałów dotyczących oblężenia Jasnej Góry i tak mnie wciągnęła ta historia, że byłem już w stanie przebrnąć przez nudniejszy dla nastolatka początek. A potem już poleciało! Wiedziałem ze szkoły, że to literatura dla „pokrzepienia serc” Polaków pod zaborami, że nienajwyższych literackich lotów, że nieco mija się z historyczną prawdą. Ale co z tego, skoro pokrzepiała i moje serce. I to jak! Stała się najlepszym panaceum na wszelkie małoletnie katastrofy i „doły”. Fajnie było czytać, że nie ma takich sytuacji, z których nie można się wykaraskać. Potop stał się dla mnie najlepszym duchowym lekarstwem już na całe życie, bo i dziś zdarza mi się po niego sięgnąć, choć znam go prawie na pamięć. I na pewno zabrałbym go na wakacyjny wyjazd.
Ale po co czytać, skoro jest film? No właśnie dlatego, że film pomija wiele wątków kluczowych dla powieści. Brak w nim np. osobliwej charakterystyki najeźdźców wyrażonej przez jednego z bohaterów: „Szwedzi, jako to naród ustawicznie w wodzie brodzący i z morza największe ciągnący intraty, nurkowie są exquisitissimi. (...) rzucisz szelmę w jedną przerębel, to on ci drugą wypłynie i jeszcze śledzia żywego w pysku trzyma...”. Nie ma walki Zagłoby z małpami w Pałacu Kazanowskich podczas oblężenia Warszawy. I nie ma przede wszystkim wzruszającej sceny ratunku Soroki przed okrutną egzekucją – Kmicic dla wiernego sługi chciał się nawet wyrzec zemsty na księciu Bogusławie. Brakuje wielu postaci: Rzędziana, Skrzetuskiego, Ketlinga, a najbardziej Anusi Borzobochatej-Krasieńskiej – jedynej takiej kobiecej figury w całej polskiej literaturze. Flirciary, która potrafi rozkochać w sobie każdego i która wykorzystuje tę swoją cechę chociażby po to, żeby uciec z Oleńką z radziwiłłowskich Taurogów. Jeden tylko Kmicic, oddany Oleńce, potrafił się jej oprzeć, choć z trudem: „Szczęście to waćpanny, że ni zapomnieć, ni odkochać się nie mogę, bo inaczej lepiej by wilkowi kozę powierzyć aniżeli mnie taką dziewczynę”. A przy tym Sienkiewicz bez litości, choć z pewną dozą sympatii, obnaża typowe sarmackie wady: warcholstwo, pijaństwo, prywatę, nieuctwo i powierzchowną religijność – czytelnikom Niedzieli o mocnych nerwach polecam choćby scenę odmawiania przez Kmicica Różańca.
Na koniec wsadzę kij w mrowisko. Mimo swoich lat, sugerujących przywiązanie do tradycji, polecam czytanie książek za pomocą czytnika. Nie komputera, tabletu czy smartfona, ale właśnie czytnika. Jest to urządzenie dość drogie, ale dla oczu nie ma lepszej alternatywy. Nie emituje szkodliwego światła jak inne elektroniczne zabawki, nie oślepia odbitymi promieniami słonecznymi jak papier. Na plażę nadaje się idealnie. Dajemy przy tym żyć drzewom, bo na jednym czytniku, mieszczącym się w każdej kieszeni, można trzymać dowolną liczbę książek – na moim jest ich ok. 3 tys. A wśród nich, oczywiście, mój ukochany Potop Sienkiewicza, a także pozostałe tomy Trylogii.
