Każdy ma swoje camino. Dla jednych jest doświadczeniem ciszy, dla innych – wartościowym spotkaniem, dla jeszcze innych – czasem stawiania sobie pytań i szukania na nie odpowiedzi.
Pielgrzymka, która zaczyna się po powrocie
– Najprościej byłoby powiedzieć, że gdy rodzi się pragnienie, to już jest pretekst, żeby się ruszyć – mówi o. Roman. – W książce Rusz duszę, wywiadzie, który przeprowadził ze mną pan Maciej Rajfur, pokazujemy, że pielgrzymka zaczyna się tak naprawdę wtedy, kiedy się z niej wraca. Wszystko, co się z niej wyniosło, jest po to, by żyć tym później w swojej codzienności. Bo camino – choć tak dobrze opisane w przewodnikach, w internetowych poradnikach, o którym powstało już tyle książek – finalnie zawsze okazuje się inne. Każdy też przeżywa je po swojemu – wyjaśnia dominikanin.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Sam o. Roman na trasie spotykał ludzi, którzy zostawili pracę, utracili bliskich, szukali sensu, kończyli studia i nie wiedzieli, co dalej. Choć wszyscy są tak różni, łączy ich jedno: wyruszają, by znaleźć odpowiedź. I mimo że nie zawsze ją odnajdują, to po powrocie stają się inni – spokojniejsi, dojrzalsi, bardziej świadomi siebie.
Cisza, która leczy
Reklama
Camino to w gruncie rzeczy rekolekcje w drodze. Inne niż pielgrzymki, które znamy z naszej polskiej pobożności. To rekolekcje, które wymagają dojrzałości, ale i decyzji, by w drodze „zachować się inaczej”. – W Hiszpanii mamy zasięg, jest internet, więc to kwestia wyboru, co robię w tym czasie. Można słuchać muzyki, przeglądać media społecznościowe, ale można też zdecydować się na ciszę, na modlitwę, na czytanie Bożego słowa. Nikt nas z tego nie rozlicza. Nikt nie sprawdza. To przestrzeń, w której można naprawdę spotkać Boga, ale i siebie – podkreśla dominikanin. Cisza jest dla niego sposobem modlitwy. – Żeby nie przegadać Boga – mówi, nawiązując do ewangelicznego wezwania: „Na modlitwie nie bądźcie gadatliwi jak poganie”. Ojciec Roman przypomina porównanie jednego ze swoich współbraci: modlitwa medytacyjna jest jak herbata z fusami – trzeba poczekać, aż się „przegryzie”. W świecie, który żyje szybko i głośno, trudno pozwolić myślom się „wyhuczeć”. Dlatego camino staje się sposobem na „przewietrzenie duszy”.
Z prostotą
Camino to dla o. Romana także szkoła prostoty. Jak mówi, wystarczy 8 kg w plecaku: habit, śpiwór, coś do jedzenia, dwie koszulki, bielizna, czytnik z książkami, butelka wody, podstawowe leki i kosmetyczka. Okazuje się, że nie potrzeba wiele do szczęścia, nie tylko na trasie. – To skutecznie leczy z dotykających nas namiętności i pożądliwości. Człowiek odkrywa, że może mieć mało i będzie szczęśliwy, ale to musi być jego wybór. Wszyscy, którzy czują się przesyceni, mogą na camino na nowo doświadczyć wolności, także po powrocie, wobec rzeczy, które ich otaczają – mówi dominikanin. Ta prostota, do której prowadzi droga, nie jest przymusową rezygnacją – jest świadomą decyzją. Uczy patrzeć uważnie – na drugiego człowieka, na drobne gesty, na obecność Boga w codzienności. Ojciec Roman przypomina w tym miejscu pierwszą scenę Dziejów Apostolskich i słowa aniołów skierowane do Apostołów tuż po wniebowstąpieniu Pana Jezusa: „Dlaczego stoicie i wpatrujecie się w niebo?”. Mówi, że to jest aktualne wezwanie, bo życie i wiara są tu i teraz, a nie tam i kiedyś.
Pierwsze camino o. Romana miało miejsce piętnaście lat temu. Od tamtej pory stało się częścią jego życia i kapłaństwa. Jak sam przyznaje, przez te wszystkie lata nauczyło go zatrzymywania się czy to podczas modlitwy w małej kaplicy przy drodze, czy podczas rozmowy na kawie z drugim pielgrzymem. Jak zauważa, camino to nie wyścig – to droga, która uczy żyć wolniej, głębiej, prawdziwiej. Dla wielu ta droga kończy się w Santiago. Dla innych – tam dopiero się zaczyna.
