Reklama

Wiara

Dochodzenie w sprawie tamtej strony

Bliskie doświadczenie śmierci to niezwykły stan, którego doznać możemy niemal wyłącznie podczas śmierci klinicznej. Rzeczywistości, którą przeżyli niektórzy, nie da się do końca opisać słowami.

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera

Obudziłam się pod białym prześcieradłem w szpitalnym prosektorium. Wiedziałam, że urodziłam żywe dziecko i znałam dokładną godzinę swojej śmierci. Po wyjściu z ciała widziałam spod sufitu zegarek na sali porodowej, kiedy stwierdzili moją śmierć. Po otrzymaniu aktu własnego zgonu porównałam godzinę mojej domniemanej śmierci zapisanej na tym dokumencie. Zgadzała się”.

Tak zaczęła się moja pierwsza rozmowa z pacjentką, która przeszła tzw. bliskie doświadczenie śmierci (NDE – near death experience). Moje badania nad tym niezwykłym zjawiskiem zaczęły się w 2018 r., kiedy szukałem tematu mojej pracy magisterskiej. Zależało mi na tym, by znaleźć choć jedną osobę, z którą mógłbym przeprowadzić wywiad na ten temat.

Pomóż w rozwoju naszego portalu

Wspieram

Przeżyli NDE

Każdy z nas słyszał o pacjentach, którzy mówią, że – najczęściej – po zatrzymanej akcji serca „wychodzą z ciała” i „z góry” obserwują swoją reanimację, widzą światło w tunelu, a nawet spotykają się ze swoimi bliskimi zmarłymi. Wielu twierdzi także, że doświadczyło spotkania z Bogiem. Szukając tych osób, umieściłem ogłoszenie na różnych forach internetowych i w mediach społecznościowych. Nikt mi na nie do dziś nie odpisał, ale 2 dni później do drzwi seminarium zastukała pani, która po 30 latach chciała porozmawiać z księdzem na temat swojego NDE! Dla mnie to był niesamowity znak od Boga.

Reklama

Moja pierwsza rozmówczyni miała wielki dylemat, ponieważ nie wiedziała, co na temat bliskiego doświadczenia śmierci uważa Kościół rzymskokatolicki, miała więc wątpliwości, czy może publicznie dzielić się swoim świadectwem. Miała również wątpliwości, czy własną relację z Bogiem może budować na podstawie tego silnego doświadczenia. Jak to mówią: przypadek to drugie imię Pana Boga.

Z czasem, zazwyczaj w niezwykłych okolicznościach, na skutek wręcz nieprawdopodobnych przypadków, udawało mi się docierać do kolejnych pacjentów, którzy dzielili się ze mną swoimi relacjami „z tamtej strony”. W ten sposób powstały dwie książki: Życie po śmierci. Teologiczne śledztwo oraz Życie po śmierci 2. Co naturalne, wypowiedzi większości moich rozmówców nie mogłem zawrzeć w książce, jednak osiemnaście osób zgodziło się na publikację. Piętnaście spośród osiemnastu osób, z którymi rozmawiałem, przedstawionych jest z imienia i nazwiska, do większości wywiadów dołączyłem dokumentację medyczną z przeprowadzanych operacji lub reanimacji. Po przeanalizowaniu tych oraz setek innych wywiadów, opracowań oraz badań naukowych doszedłem do wniosków, nad którymi nie mogę przejść obojętnie.

Na granicy życia

Reklama

Bliskie doświadczenie śmierci to niezwykły stan, którego pacjent może doświadczyć niemal wyłącznie podczas śmierci klinicznej. Śmierć kliniczna to jeden z etapów umierania, kiedy człowiek przestaje oddychać oraz przestaje bić mu serce, ale jeszcze przez ok. 2-3 minuty funkcjonuje mózg. Faktyczna śmierć człowieka następuje w momencie śmierci mózgu. Stara definicja – „oddechowo-krążeniowa” mówiła o tym, że człowiek umiera, kiedy zanikają akcja serca i oddech. Dziś jednak wiemy, że to nieprawda. W przeciwnym razie każda reanimacja oznaczałaby wskrzeszenie człowieka. Tymczasem stan śmierci klinicznej nie jest jeszcze śmiercią człowieka, dlatego bliskie doświadczenie śmierci nazywa się tak, jak się nazywa: bliskie. To właśnie podczas śmierci klinicznej dochodzi do NDE.

Najbardziej zdumiewające w NDE jest to, że relacje pacjentów mają określony, bardzo podobny przebieg. Naukowcy wyodrębniają stałe elementy (fazy, etapy, kategorie, formy) oraz cechy NDE. Stałe elementy to: uczucie błogiego spokoju, świadomość własnej śmierci, opuszczenie ciała, obserwowanie swojego ciała, ciemny tunel ze światłem na końcu, doświadczenie nieba, piekła albo czyśćca, doświadczenie totalnej bezwarunkowej miłości i szczęścia, spotkanie z Bogiem, który jest Osobą (czasami z Matką Bożą, aniołami i świętymi), spotkanie i kontakt z bliskimi zmarłymi, doświadczenie uczucia granicy, poza którą nie można przejść, oraz świadomy powrót do ciała. Do stałych cech zaliczamy: „nowe ciało”, „nowy czas”, „nowy język – przekaz myśli”. Pacjenci mówią o niemożności opisania tego, co zobaczyli, nadzwyczajnie szybkim wyzdrowieniu oraz poczuciu misji do spełnienia.

To samo doświadczenie

Reklama

Powtarzany przebieg i podobny opis NDE oznaczają, że ludzie mają to samo doświadczenie „życia po śmierci”, co więcej – jest ono niezależne od wiary czy światopoglądu pacjenta. Oznacza to, że ateiści, chrześcijanie czy buddyści mają takie samo doświadczenie „życia po tamtej stronie” i to doświadczenie jest zgodne z nauczaniem Kościoła rzymskokatolickiego! Największą przebadaną grupą osób są ateiści i to oni przeżywają największe zaskoczenie. Gdy rozmawiałem z kolejną osobą po NDE, już wiedziałem, co za chwilę powie, jakich słów użyje, ponieważ wszyscy widzą to samo (choć nie wszyscy doświadczają wszystkich etapów).

Przyjrzyjmy się więc klasycznemu przebiegowi NDE. Pacjenci doświadczają uczucia opuszczania ciała przez duszę. Towarzyszą temu świadomość, że właśnie się umiera, oraz poczucie pokoju serca. Następnie obserwuje się własną reanimację lub operację. To pierwsze dwa etapy. Zatrzymajmy się na obserwacji własnej śmierci „spod sufitu”. To właśnie z tego etapu można najłatwiej sprawdzić autentyczność doświadczenia. Wystarczy zweryfikować zapamiętane szczegóły, jak choćby wspomniana godzina śmierci na porodówce. Podam jeszcze kilka innych przykładów z moich wywiadów.

Reklama

Pacjenci zapamiętują szczegóły operacji, których autentyczność potwierdzają zaskoczeni chirurdzy, przytaczają rozmowy czy dowcipy, które padły na sali operacyjnej. Inni wymieniają imiona albo ksywki ratowników medycznych lub strażaków, którzy ich reanimowali. Wyjątkowe wspomnienie z tego etapu ma bohater mojej pierwszej książki Andrzej Duffek. Doznał on na skutek wypadku wielofragmentarycznego rozwarstwienia wątroby. Dwunastogodzinna operacja polegała na zszyciu uszkodzonego organu, niestety, szwy puszczały i chirurg, który bardzo klął, musiał zostać zastąpiony innym. Puszczanie szwów wiązało się z bardzo dużym krwawieniem. Pan Andrzej szczegóły operacji oraz zmianę chirurga opowiedział po przebudzeniu. Wszystkie szczegóły się zgadzały, nie to jednak było najbardziej szokujące. Pan Andrzej „podsłuchał” dwie rozmowy telefoniczne, które odbyły się w gabinecie ordynatora. Podczas operacji przetoczono mu 20 jednostek krwi. Po kolejnym pęknięciu pacjent potrzebował kolejnych pięciu, ale podczas rozmowy telefonicznej dyspozytor z banku krwi nie zgodził się przysłać potrzebnej krwi. Wynikało to z procedur, które wymagały, by bank krwi zachował „żelazny zapas” danej grupy krwi w mieście dla pacjenta, który będzie rokujący. W bazie zostało tylko 5 jednostek i trzymano je dla pacjenta, który za chwilę będzie miał wypadek i będzie ich potrzebował. Pacjent, któremu przetoczono już 20 jednostek krwi, był po prostu nierokujący. Po burzliwej rozmowie i straszeniu prokuratorem lekarz przekonał dyspozytora, by przysłano dwie jednostki krwi. Po ich transfuzji pacjent na szczęście przeżył.

Druga rozmowa dotyczyła kupna leku. Hurtownia leków ze względu na dług szpitala odmówiła sprzedania, a tak naprawdę oddania leku, którego bardzo potrzebował pan Duffek. Zgodnie z przepisami, mimo długu, hurtownia leków nie ma prawa odmówić szpitalowi medykamentów ratujących życie. Sęk w tym, że akurat tego leku, który był potrzebny do ratowania życia p. Andrzeja, nie było na tej liście. W związku z tym lekarz prowadzący na OIOM-ie zadzwonił do kolegi z pobliskiego szpitala, by nielegalnie wyniósł ten lek ze swojego oddziału i go dostarczył. Wszystko, oczywiście, miało być utrzymane w tajemnicy. Po odzyskaniu przytomności Andrzej Duffek jednak ze szczegółami wszystko opowiedział lekarzom, którzy potwierdzili autentyczność tych wydarzeń.

Reklama

Trzecim etapem jest tzw. ciemny tunel, na końcu którego jest światło. Zapewne wszyscy kojarzymy często powtarzający się motyw: „Tylko nie idź w stronę światła!”. Czwartym etapem jest dojście do światła i spotkanie z Bogiem. Radosława Czynszak, jedna z bohaterek mojej drugiej książki, trafiła na OIOM z powodu krwotoku wywołanego ciążą pozamaciczną. Tak opisuje spotkanie z Jezusem: „Było mi bardzo dobrze. W końcu otworzyłam oczy i było ciemno. Bardzo się przestraszyłam, ta ciemność była przerażająca. Piękne dźwięki ucichły. Z daleka dostrzegłam światło, które się zbliżało. (...) Kiedy światło było bliższe, zorientowałam się, że to Pan Jezus, dokładnie taki, jak na obrazie Siostry Faustyny. Jedyna różnica była taka, że z Jego serca nie wypływały dwa promienie. Od Pana Jezusa emanowały pokój i bezpieczeństwo. Już nie było strachu i przerażenia (...). Jego obecność była tak realna i rzeczywista! To jest nie do opisania własnymi słowami”.

Jan Ben Radecki tak opisuje ten etap NDE: „To było potężne, nieogarnione, wręcz nie do opisania światło. Blask był tak silny i intensywny, ale jednocześnie nie oślepiał. Czułem się wtedy bardzo szczęśliwy, zalewał mnie ogrom miłości. Stałem oniemiały w zachwycie i w niewypowiedzianym szczęściu. Ta światłość patrzyła na mnie z wielką miłością i czułością. Przeszywało mnie totalne szczęście. Tego nie da się opisać (...). Stojąc w tej osobowej światłości, pełnej miłości i miłosierdzia, wiedziałem, że stoję przed Bogiem. Bogiem, który jest miłością”. Następnie opisuje piąty etap NDE: „Chwilę później zobaczyłem sceny ze swojego życia, można powiedzieć, że oglądałem film ze swojego życia. Wszystko było całkowicie odkryte, obnażone. Wszystkie maski zostały zrzucone”.

Ważne są intencje

Reklama

Inni pacjenci wskazują, że kluczowe w tym sądzie są trzy rzeczy: intencje, miłość i relacje. Jeden z celebrytów, który prosił o anonimowość, opowiedział mi, jak próbował ratować swoją reputację po skandalu obyczajowym. Zatrudnieni przez niego pijarowcy zaproponowali mu organizację wielkiego balu charytatywnego, na którym zebrał datki dla dzieci chorych na raka. On rzeczywiście zebrał kilka milionów złotych i uczciwie przekazał je na dobroczynny cel. Podczas „filmu z życia” nie miało to jednak żadnego znaczenia, ponieważ intencja była czysto egoistyczna. Tak naprawdę wykorzystał chore dzieci, by odzyskać kontrakty reklamowe i znów zarabiać spore pieniądze. Dużo większe znaczenie miały zakupy, które zrobił swojej starszej, schorowanej sąsiadce, kiedy był dzieckiem. Nikomu się tym nie pochwalił, zrobił to z czystej, bezinteresownej miłości do drugiego człowieka. I to miało wielkie znaczenie dla Pana Boga.

Po tym „filmie z życia” mamy, w zależności od wyniku, opis nieba, piekła albo czyśćca (szósty etap). Wszyscy są zgodni, że tej rzeczywistości nie da się opisać słowami. Nasza percepcja tu, na ziemi, ograniczona jest do czterech wymiarów, nie jesteśmy więc w stanie pojąć rzeczywistości po śmierci.

Poznać nieznane

Siódmym etapem jest spotkanie ze swoimi bliskimi zmarłymi. Jest to jeden z bardziej wzruszających momentów. Podczas tych rozmów czasami pacjenci dowiadują się rzeczy, o których nie mieli prawa wiedzieć, dlatego obok opisu operacji z tego etapu pochodzą najpewniejsze weryfikatory autentyczności. Pamiętam historię kobiety, która wśród swoich bliskich zmarłych rozpoznała babcię i dziadka, ciocię i zaprzyjaźnioną sąsiadkę, ale nie wiedziała, kim był trzymający ją za rękę mężczyzna, choć czuła, że jest jej wyjątkowo bliski. Po odzyskaniu świadomości spytała swoją mamę, co to był za mężczyzna. Mama jednak jej nie odpowiedziała, ale 20 lat później, kiedy była na łożu śmierci, poprosiła córkę, by wyjęła stary album ze zdjęciami. Wtedy pokazała jej zdjęcie z trzema osobami i spytała, czy kogoś na nim rozpoznaje. Córka odpowiedziała, że na zdjęciu widzi mężczyznę, którego spotkała podczas NDE. Wówczas matka wyznała jej, że to jej biologiczny ojciec.

Reklama

Miron natomiast, bohater mojej drugiej książki, który poprosił o nieujawnianie nazwiska, po próbie samobójczej spotkał się podczas NDE ze swoim bratem. Sęk w tym, że nie wiedział, iż ma brata. W czasie rozmowy brat przedstawił mu się jako Michał. Po odzyskaniu przytomności opowiedział o tym swoim rodzicom, którzy się rozpłakali. Mama wyznała mu, że przed ślubem została zgwałcona i dokonała legalnej aborcji. Jedynie w myślach nazywała poczęte przez gwałciciela dziecko imieniem Michał, ale za każdym razem się za to ganiła. Tego imienia nie znał nawet jej mąż.

Przekroczyć granicę?

Reklama

Ósmym etapem jest poczucie granicy, poza którą nie ma już odwrotu. Niektórzy pacjenci mają wybór i mogą tę granicę bezpowrotnie przekroczyć. Nie jest ona jednak narysowana na ziemi, ale może nią być co innego. Według relacji Haliny Kobieli, która uległa ciężkiemu wypadkowi samochodowemu, dla niej tą granicą było spojrzenie prosto w oczy zmarłemu ojcu. „Mój tata ciągle uciekał ode mnie spojrzeniem” – relacjonuje. Tą granicą było więc wejście w tak bliską relację ze zmarłym, po którym nie ma odwrotu. W podobnej sytuacji znalazł się Tomasz Ruciński. W wypadku samochodowym zginęli jego brat i czteroletni synek Jaś. Pan Tomasz miał jednak trochę inne doświadczenie: „Nagle zobaczyłem swoje ciało na łóżku pod całą tą aparaturą. Byłem szarozielony. Moje «ciało», które wyszło z chorego ciała, było zupełnie zdrowe, bez żadnych złamań czy problemów z oddychaniem, z najlepszego okresu mojego życia – było wysportowane. (...) Wyszedłem na korytarz i zobaczyłem drzwi wejściowe do tego OIOM-u. Były otwarte, ale wydobywało się z nich niesamowite światło. (...) Zobaczyłem w nich moją babcię, która trzymała na rękach Jasia. Babcia umarła rok wcześniej”. Pan Tomasz chciał wziąć na ręce swojego synka, ale ten na to nie pozwalał i tulił się mocno do babci, co było dla mojego rozmówcy bardzo przykre. W czasie naszej pierwszej rozmowy doszliśmy do wniosku, że Jaś w ten sposób nie chciał, by jego tata przekroczył granicę. Po odzyskaniu przytomności pan Tomasz był pewny, że Jaś nie żyje, ale żona, namówiona przez lekarzy, okłamywała go, że syn jest zdrowy i bawi się w domu z kolegą.

Niektórzy pacjenci mówią także, że tym, co ich ściągnęło z powrotem do ciała, były modlitwy. Jeden z moich rozmówców powiedział, że chciał przekroczyć granicę, ale modlitwy jego bliskich mu na to nie pozwalały i ściągnęły go z powrotem do ciała. Niektórzy także dokładnie słyszą te modlitwy i widzą modlących się. Po odzyskaniu przytomności opowiadają kto, gdzie i jak się modlił. Niejednemu mojemu rozmówcy modlitwa uratowała życie.

Dziewiątym, ostatnim etapem jest powrót do ciała, który niemal zawsze jest opisywany jako coś traumatycznego. Ksiądz z drugiej części Życia po śmierci, który prosił o anonimowość, mówi o „nałożeniu ciała”, porównał to do „nałożenia gumowej rękawiczki”.

*

Nieraz słyszę pytanie, czy swoimi badaniami udowodniłem istnienie życia po śmierci. Oczywiście, że nie, bo wiary nie da się udowodnić. Co najwyżej zbieram poszlaki. Czy możliwe może być to, że pacjenci, z którymi się spotkałem, ich rodziny, lekarze oraz pacjenci z całego świata różnych wyznań uzgodnili jedną wspólną wersję życia po śmierci i są ze sobą w spisku?

Nie wiem, czy każda historia, którą usłyszałem, jest prawdziwa, ale jeśli choć jedna z nich jest autentyczna, to dla wielu z nas powinno to oznaczać zmianę życia o 180 stopni.

2024-10-29 13:49

Oceń: +28 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Zmarł o. prof. Wacław Hryniewicz OMI

[ TEMATY ]

śmierć

KUL

kyasarin/pixabay.com

W lublinieckim szpitalu po godzinie 8.00 odszedł do domu Ojca śp. o. Wacław Hryniewicz OMI, wybitny teolog, ekumenista, znawca teologii prawosławnej, współtwórca Instytutu Ekumenicznego KUL.

Ojciec Wacław Hryniewicz OMI urodził się 23 lipca 1936 roku w Łomazach (diecezja siedlecka). Pierwsze śluby zakonne w Zgromadzeniu Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej złożył 8 września 1953 roku w Markowicach, a święcenia prezbiteratu przyjął 26 czerwca 1960 roku w Obrze z rąk bp. Juliusza Bieńka – biskupa pomocniczego diecezji katowickiej.
CZYTAJ DALEJ

Zasłonięty krzyż - symbol żalu i pokuty grzesznika

Niedziela łowicka 11/2005

[ TEMATY ]

Niedziela

krzyż

Wielki Post

Karol Porwich/Niedziela

Wielki Post to czas, w którym Kościół szczególną uwagę zwraca na krzyż i dzieło zbawienia, jakiego na nim dokonał Jezus Chrystus. Krzyże z postacią Chrystusa znane są od średniowiecza (wcześniej były wysadzane drogimi kamieniami lub bez żadnych ozdób). Ukrzyżowanego pokazywano jednak inaczej niż obecnie. Jezus odziany był w szaty królewskie lub kapłańskie, posiadał koronę nie cierniową, ale królewską, i nie miał znamion śmierci i cierpień fizycznych (ta maniera zachowała się w tradycji Kościołów Wschodnich). W Wielkim Poście konieczne było zasłanianie takiego wizerunku (Chrystusa triumfującego), aby ułatwić wiernym skupienie na męce Zbawiciela. Do dzisiaj, mimo, iż Kościół zna figurę Chrystusa umęczonego, zachował się zwyczaj zasłaniania krzyży i obrazów. Współczesne przepisy kościelne z jednej strony postanawiają, aby na przyszłość nie stosować zasłaniania, z drugiej strony decyzję pozostawiają poszczególnym Konferencjom Episkopatu. Konferencja Episkopatu Polski postanowiła zachować ten zwyczaj od 5 Niedzieli Wielkiego Postu do uczczenia Krzyża w Wielki Piątek. Zwyczaj zasłaniania krzyża w Kościele w Wielkim Poście jest ściśle związany ze średniowiecznym zwyczajem zasłaniania ołtarza. Począwszy od XI wieku, wraz z rozpoczęciem okresu Wielkiego Postu, w kościołach zasłaniano ołtarze tzw. suknem postnym. Było to nawiązanie do wieków wcześniejszych, kiedy to nie pozwalano patrzeć na ołtarz i być blisko niego publicznym grzesznikom. Na początku Wielkiego Postu wszyscy uznawali prawdę o swojej grzeszności i podejmowali wysiłki pokutne, prowadzące do nawrócenia. Zasłonięte ołtarze, symbolizujące Chrystusa miały o tym ciągle przypominać i jednocześnie stanowiły post dla oczu. Można tu dopatrywać się pewnego rodzaju wykluczenia wiernych z wizualnego uczestnictwa we Mszy św. Zasłona zmuszała wiernych do przeżywania Mszy św. w atmosferze tajemniczości i ukrycia.
CZYTAJ DALEJ

Głos Boga jest pierwszym źródłem życia

„Córka Głosu” – pod takim hasłem w sanktuarium w Otyniu odbyło się wielkopostne czuwanie dla kobiet.

Był czas na konferencję, modlitwę wstawienniczą, adorację Najświętszego Sakramentu i oczywiście Eucharystię. Czuwanie, które odbyło się 5 kwietnia, poprowadziła Wspólnota Ewangelizacyjna „Syjon” wraz z zespołem, a konferencję skierowaną do pań, które wyjątkowo licznie przybyły tego dnia na spotkanie, wygłosiła Justyna Wojtaszewska. Liderka wspólnoty podzieliła się w nim osobistym doświadczeniem swojego życia. – Konferencja jest zbudowana na moim świadectwie życia kobiety, która doświadczyła nawrócenia przez słowo Boże i która każdego dnia, kiedy to słowo otwiera, zmienia przez to swoją rzeczywistość. Składając swoje świadectwo chciałam zaprosić kobiety naszego Kościoła katolickiego do wejścia na tą drogę, żeby nauczyć się życia ze słowem Bożym i tak to spotkanie dzisiaj przygotowaliśmy, żeby kobiety poszły dalej i dały się zaprosić w tą zamianę: przestały analizować, zamartwiać się, tylko, żeby uczyły się tego, że głos Boga jest pierwszym źródłem życia, z którego czerpiemy każdego dnia. Taki jest zamysł tego spotkania, dlatego nazywa się ono „Córka Głosu” – mówi liderka Wspólnoty Ewangelizacyjnej „Syjon”.
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

REKLAMA

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję