Duchowni nie są – i nie powinni być – zwykłymi komentatorami polityki. Ich miejsce w dyskusji publicznej to nie recenzowanie kolejnych ustaw czy ocenianie partii, lecz przypominanie o tym, co trudno wyrazić w języku pragmatyzmu i bieżącej kalkulacji: o wartościach, które mają chronić człowieka przed utratą sensu, wolności i godności.
Tak było i tym razem, gdy na Jasnej Górze padły słowa o tym, że człowiek odwracający się od Boga staje się często barbarzyńcą. To zdanie można przyjąć lub odrzucić – ale nie sposób udawać, że jest obojętne. Ono dotyka fundamentu pytania o to, czy społeczeństwo może trwać w zdrowiu moralnym, jeśli wyruguje ze swojej pamięci i codzienności elementy, które od wieków były jego kręgosłupem.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
W czasach, gdy część debat sprowadza się do wymiany memów, duchowni wciąż pozwalają sobie na długie, niewygodne przypomnienia o konsekwencjach naszych wyborów. Wskazują, że wolność to nie tylko brak zakazów, ale także gotowość do podjęcia odpowiedzialności za słabszych, nienarodzonych, chorych, wykluczonych.
Owszem – można im zarzucać język z innej epoki czy brak wyczucia politycznej poprawności. Ale to właśnie ten brak wygładzenia bywa atutem. Bo jeśli etyka ma pozostać żywa, ktoś musi od czasu do czasu postawić lustro w miejscu, w którym najchętniej zasłonilibyśmy oczy.
Nie chodzi o to, by głos duchownych był jedynym autorytetem w sprawach publicznych. Chodzi o to, że w dobie powszechnego relatywizmu, gdy każdą wartość można „przegłosować”, ci, którzy zawodowo przypominają o granicach, pełnią rolę – może niepopularną – ale niezbędną.
Wolność, jeśli ma być trwała, potrzebuje nie tylko konstytucji i procedur. Potrzebuje także ludzi, którzy wbrew trendom mówią: tego nie wolno, bo to odbiera człowieczeństwo. I choć często płacą za to etykietą „nieżyciowych” czy „zacofanych” – to właśnie oni dbają, by fundament, na którym stoi nasz wspólny dom, nie rozsypał się w ciszy.